Gotowanie

Polityka polityką, ale jeść trzeba.  
Człowiek młody,jakby nie zauważał  wagi   gotowania.
Rano śniadanie poda mama lub tata. Nawet kanapki do szkoły spakują do plecaka.
Obiad to najczęściej babcia, albo wspólny wieczorem z rodzicami: obiado-kolacja.
I tak, aż się dorośnie.Pójdzie się na „swoje”.
Z wychowywaniem dziecka jest podobnie. 
Ale,  gdy już to wszystko przyjdzie, wtedy pytania same cisną się do głowy:
jak to robiła matka, jak to robił ojciec?
I właśnie wtedy wspominamy zapach grochówki, bigosu …
Wtedy właśnie zaczynamy doceniać „domowe”  kucharki, 
sprzątaczki, praczki, zaopatrzeniowca i taksówkarza.
Wtedy zastanawiamy się co dla domu robił tata, co mama.
Wtedy dopiero widzimy, że dom to dom. 
To coś więcej nic praca zawodowa.
Kto nie ma domu, jest nieszczęśliwy, 
choćby nawet posiadał  2 wille i jeździł 3 peżotami. 
I po takim wstępie chciałam powiedzieć, że dziś do swojej
domowej strony www dodałam link „Smacznego”.
Chcę pochwalić się przepisami potraw, do których doszłam sama. Na początek jeden przepis. Zapraszam na www.

Logo

Od wakacji bardzo wiele słyszy się, czyta i mówi na temat naszego loga (czy logo, jak kto woli). Swego czasu włączyłam się do promowania radomskiej maskotki „Radomirka”. Wyszło, jak wyszło, choć wojaczek sympatyczny.
W każdym razie jako radomianka starałam się wziąć czynny udział w promocji.
Być może, że i dla obecnie zaproponowanego loga może bym wymyśliła jakąś baśń o krzywych domkach w Radomiu. Ale nie sądzę, żeby moi czytelnicy byli takim pomysłem zachwyceni. Myślałam, że może by w tych domach mogły mieszkać krasnoludki, ale one już mieszkają we Wrocławiu, zaś Koziołek Matołek w Pacanowie. Może bym i jeszcze wymyśliła jakąś ciekawą postać bajkową, ale nie wiem czy jest sens ją lokować w takich krzywych domkach, bo czy to będzie dla radomian reklama? Wątpię.
Toteż myślę, że jednak najlepiej byłoby powtórzyć konkurs. Może tym razem się uda. Może przyleci Wena i ja coś skrobnę, bo od dłuższego czasu nic mnie nie nakręca ((((:

NA CHŁÓD – CIEPŁE SŁOWA

Szara, smutna jesień nie nakręca mnie do pracy jak wiosna, czy lato. 
Przez sklepowe okno ludzie także wydają się jakby smutniejsi. 
I tak to już trwa przez kilka miesięcy od kilkunastu lat, odkąd postanowiłam mieć swój własny sklepik. Wtedy jest mi zwykle chłodno i zimno. 
I nie rzecz w tym żeby się cieplej ubierać, czy zakładać  cieplejsze buty,  czy szalik. 
Rzecz w smutku na sercu.
Od kilku tygodni zdawało mi się, że dopada mnie melancholia, czy jaka inna martwota. Albo Jego Wysokość Marazm.
Ale wczoraj zdarzyło się coś bardzo miłego. 
Przyszła do sklepiku moja stała klientka – czytelniczka –  emerytka.  Powiedziała mi, że do „porannej kawy” wzięła sobie do czytania moją „Baśń o paziu”. Tak się zaczytała i tak zamyśliła, że nawet nie słyszała powrotu  męża.
Przyszła i mi o tym opowiedziała. Było to tak miłe, że od razu zrobiło mi się cieplej na sercu. 
Ciepłe słowa grzeją najlepiej.
Życzę wszystkim moim czytelnikom na te nadchodzące chłodne dni  jak najwięcej prezentów – z ciepłych słów.

WYCINAJĄ DRZEWA

Temat przyszedł dziś sam – do mojego sklepu. 
Zdenerwowany radomianin chciał zadzwonić  do gazety, że w parku na Plantach
wycinają zdrowe drzewa. No i miałam za darmo lekcję na  temat ochrony 
drzew w mieście. Bardzo dobrą lekcję. 
A więc w skrócie to tak:
– dlaczego drzew przeznaczonych do wycięcia nie oznacza się „czerwoną linią”
  latem, gdy jeszcze są zielone liście? Jego odpowiedź była krótka: zaraz ludzie   by się zainteresowali, gdyby oznakowano zdrowe drzewa. Patrzyliby na ręce   urzędnikom.
– dlaczego  radomianie mało się interesują wycinanymi drzewami: bo są biedni,
  zapracowani od rana do wieczora. Nawet tego nie widzą. Albo są sfrustrowani i
  nie obchodzi ich nic. Z pozostałymi nie chcą rozmawiać ani urzędnicy, ani prasa,  ani radio i telewizja.  

Zastanowiłam się. Rzeczywiście. 
Rozdziobią nas kruki i wrony?

Za darmo?

Ten temat jakby wywołał poprzedni, dotyczący siatek jednorazowych. 
Kilkanaście lat temu na wystawie poświęconej twórczości J.I. Kraszewskiego,  na jego grafice,  przeczytałam wiersz. Spróbuję odtworzyć przynajmniej jego sens.

za chwilę szczęścia i za kromkę chleba
za wszystko w świecie zapłacić trzeba
potem czy groszem, uśmiechem czy łzami
płacą rodzice, dzieci i my sami.

A więc nie ma nic za darmo. Za wszystko trzeba zapłacić. Wybór jest wolny, a cena jest umowna. Nie podoba ci się  – nie kupujesz. 
Jeżeli cię stać to cash and carry –
płać i bierz. Nie uzależniaj się, od… humoru na przykład ekspedientki. Phodopus wspomina o ustawie,  która jakby gwarantuje wydawanie siatek na zakupy. To chyba jakiś bubel prawny. Bo jeszcze trochę, a trzeba będzie  zanosić zakupy do domów. 
Czasy się zmieniają, więc jeśli ustawa jest nieaktualna to trzeba ją zmienić. Klient jest także uczestnikiem ruchu w handlu, jak pieszy uczestnikiem 
ruchu drogowego. Wszystko musi grać. Inaczej po nas tylko kupa smrodu.


REKLAMÓWKI,REKLAMÓWKI, REKLAMÓWKI

Temat siatek jednorazowych – „reklamówek” jest mi bardzo bliski. Jestem sprzedawczynią we własnym sklepie. Problem znam bardzo dobrze. Na pewno pomysłów na ten temat będzie wiele. Ja chciałabym przedstawić swój.Zacznę od tego, czyj to jest problem. Na pewno nie producenta reklamówek, bo on na nich zarabia. Także nie sklepu, gdyż nie zaśmiecają one sklepu. Sprzedawca natomiast łapie plusy u klienta, gdy sam spakuje towar. I w tym miejscu chciałabym się na chwilę zatrzymać, by zadać pytanie: 
czy sprzedawca jest od pakowania zakupów, czy tylko do ich wydania. 
Ja uważam, że tylko do wydania. Doszło do tego, że długopis dziecku trzeba włożyć do siateczki, bo tenże długopis nie ma „uszu” i dziecko nie ma jak go zanieśc do domu. 
Zakupy to – także  siatka na zakupy. To nie jest żart. Tego doświadczyłam we własnym sklepie. Ale co tam dziecko. Dorośli też nie lepsi. Rolki papieru nie potrafią  zanieść do domu
po drugiej stronie ulicy. Trzeba to widzieć z okien sklepu, jak wraca dumny z jedną rolką papieru za 50 groszy  w siateczce. Gdyby chociaż w tej siateczce było ze 3 rolki, to jeszcze rozumiem, bo nie ma się trzech rąk. Taki jest teraz czas i trzeba coś z tym zrobić. Czyj problem? Oczywiście śmieciarzy, bo to oni odpowiadają za czystość miasta i utylizację. Do nich więc kieruję swój pomysł. Może się spodoba. Oczywiście nie obędzie się bez drobnych inwestycji,
ale może warto.  Niech firmy śmieciowe
postawią automaty z reklamówkami w każdym sklepie. Jak zainwestują to i zarobią. 
Będzie się klient chciał spakować, wrzuci monetę, czy żeton i wyciągnie siateczkę, jak kawę z ekspresu. Ile ma kosztować żeton? Nie wiem. Ale wiem także jeszcze jedno, że na siateczkach – reklamóweczkach pominno być LOGO Radomia, żeby nie było wątpliwości, że te siateczki pracują na utylizację śmieci.
Co do zatwierdzonego przez radnych miejskich  loga Radomia powiem tyle: trzeba wrócić do tematu. 
Trzeba popracować nad nim jeszcze raz, by na tych siateczkach-reklamóweczkach dobrze się prezentowało. :)))))))

W CYRKU – JAK W ŻYCIU

Wczoraj byłam w cyrku.
Ostatni raz byłam ponad 20 lat temu. Inny czas – inny horyzont.
W pamięci z tamtego widowska,  oprócz wielkiej klasy wykonawców, pozostał rozmach organizacyjny, arena wysypana trocinami, lampy, lampiony,  świecidełka…
Wielkość, wielkość i jeszcze raz wielkość.
Wczoraj: zużywający się namiot cyrkowy, ławki z drzazgami, arena z gruntu, niedoświetlone otoczenie i … wielkiej klasy wykonawcy. 
Nie dać się. Wytrwać. Pokazać, że się jeszcze  żyje. 
Walka o byt, czy walka o kulturę? Trudne pytanie – jeszcze trudniejsza odpowiedź.
Treserzy, iluzjoniści, żonglerzy, komicy i artyści. Szczególnie ci pod cyrkowym 
sklepieniem, jak gwiazdy na niebie, że dech zapiera. 
Że też człowiek potrafi robić takie rzeczy.
Potrafi.
Bo czego człowiek nie potrafi.
Na przykład za kostkę cukru potrafi nauczyć konia dawać buziaki, kłaniać się 
i nawet tańczyć walca. Pokorny wielbłąd – dla obroku  – woził dzieciaki. Okrążenie 10 złotych.  Tak samo kucyk, ale ten za 5 złotych. Kolejka na przejażdżkę, jak kiedyś za papierem toaletowym. Bez kolejki nie byłoby obroku. No cóż, jak to w cyrku.
Tak i w życiu.
Zza lady obserwuję pracę tkz. przedstawicieli handlowych. Też czasem pracują
jak wytresowane zwierzęta w cyrku. Klapki na oczach i do przodu.  Tylko wtedy zadaję 
sobie pytanie: kto dzieli te „kostki cukru”.
Aż strach pomysleć: „tresura człowieka”.

BEZ TEMATU

Po pół roku nie pisania – i  wiadomości się przestarzały. 
Nie będę więc wracać do rekordu Guinnessa w szachach. Było – minęło. 
Jedno jest pewne. Podziwiam p.Marka Niedźwieckiego za jego wytrwałość 
w promowaniu szachów. Przede wszystkim wśród dzieci.
No, ale nie tylko szachami się żyje. Właśnie zakończyłam sezon na moich czterech arach. I to właśnie one, te cztery ary, całkowicie mnie pochłonęły w tym
roku.  Zaniedbałam wiele  rzeczy, także aktualizację swojej www. Ale nie był to czas stracony.Kontakt z naturą uwrażliwia, ubogaca wyobraźnię i ładuje akumulatory. 
A praca fizyczna – umięśnia, udrożnia płuca. Uszlachetnia. Tego mi właśnie w ostatnich latach brakowało. 
Plon tegoroczny to: „Baśń o Eulalii”, „Baśń o białych liliach” i w opracowaniu „Baśń o wodnej lilli”.  A poza tym: własne ogórki, marchewka,  
pietruszka, dynia makaronowa na placki, nie mówiąc o kabaczkach i 
cukiniach przez całe wakacje. Po prostu rewelacja. Swoje to swoje. Spożywając
swoje plony widzisz cały okres pracy nad nimi. Kopanie, plewienie, nawożenie…
Nigdy dotychczas nad jedzeniem tak się nie zastanawiałam.  Teraz, gdy coś sobie dokupuję, od razu myślę,  ile w nich jest natury,  a ile chemii.
Z tematów , które mnie nakręcają do życia , to także moje Koło Poezji Nie-Odkrytej „Szuflada”. Moje,  bo byłam jego współorganizatorką. Na ostatnie spotkanie zaprosiłam panią Janinę  Godlewską.
Bardzo starsza pani, żyjąca we własnym świcie, ale uśmiechnięta, do nikogo żalu,  ani pretensji – pisze bardzo ładne wiersze. Ma już swój dorobek literacki –  trzy książeczki. Ciekawie recytuje swoje wiersze. Była już kilka razy w naszej 
„Szufladzie”. Podobała mi się. Dlatego chciałam, aby dała się nam bardziej poznać.
Prawdziwy poeta powie 3, 5 wierszy na wieczór, po czym zachęci do kupienia tomiku, by poznawać dalsze. Pani Janina przeczytała znacznie więcej, nie zachęcała do kupowania tomiku, ale chciała opowiedzieć więcej o swojej przygodzie z poezją. Tymczasem na sali zaczęto wołać: wiersze, wiersze…
Niczym tłuszcza żądająca: chleba, chleba…. I zrobiło mi się smutno… Wstęp wolny, gościnna herbata i … ta „presja”. A przecież po prostu można było tylko cicho wyjść. Tak. Ja wiem, że jestem wrażliwa. Może i nadwrażliwa. Ale bardzo bym chciała
doczekać lat pani Janiny i na dodatek nie być starą, zgorzkniałą zrzędą. I to chciałam pokazać naszym słuchaczkom i słuchaczom.  Widać nie w pełni  mi się to udało. Smutno mi. 
Ale kilka dni wcześniej było sympatycznie. Kwestowałam na cmentarzu, jak w zeszłym roku, tylko miałam mniej czasu wolnego, więc krócej. Ale opłaciło się.
Organizatorzy kwesty zadowoleni i już mam zaproszenie na następny rok. Cieszę się – bo to jakbym się odradzała. 
Trzy lata temu, jeden z uczniów „Chałubińszczaka” pisał wypracowanie na temat potrzeby pracy.
Miałam okazje je przeczytać. To co najbardziej zapamiętałam, że  praca jest człowiekowi
niezbędna do życia. Mówił w nim o duszy złowieka. Człowiek bezrobotny – to jakby chory na duszy.  Nie umiem przytoczyć jego słów. Podobno wypracowanie było na „szóstkę”.
Uczeń, a już nauczyciel.