WSPOŁCZEŚNI CHŁOPOROBOTNICY

Zdarzyło się, że pracowałam z chłoporobotnikami. Dowożono ich do pracy „na pace”  samochodami typu Żuk, czy Nysa. Latem  woleli pracować na drugą zmianę, zimą 
na pierwszą. Dostawali zupę regeneracyjną z wkładką. Dowóz i zupa za darmo. 
Także kawa, woda mineralna. Dla niektórych główny posiłek dnia. Nie wszyscy ciężko pracowali. Mogę jednak powiedzieć, że dla niektórych praca 
była relaksem. W domu,  w gospodarstwie, za pługiem czy za bronami pracowali 
bardzo ciężko. Zazdrościli im pracownicy   miastowi.  Cóż, nie mieli możliwości dorobienia. Ale cóż mieliśmy my jako kadra wtedy zrobić? Trzeba było wykonywać narzucane plany finansowo-rzeczowe, więc się ściągało chłopów z okolicznych wsi. Nawet do 30 km. Oni chłoporobotnicy kształcili swoje dzieci, budowali im domy – w miastach.
A miastowi „klepali biedę”.
Dziś po 30 latach jakby historia się powtarzała.
Korepetycje, praktyki prywatne, gabinety, dorabianie po pracy. Jak kto może szuka dodatkowej pracy i pieniędzy. 
Biedni zazdroszczą bogatym, zapracowanym brakuje wolnego czasu na dom i na rodzinę.
Coś za coś. Czyli normalne.
Tylko że wtedy, 30 lat temu nikomu nie przyszło do głowy, żeby strajkować.
Nie bano się, że lekarz nie przyjmie, albo szkoła będzie zamknięta.
Zakręcą wodę, zgaszą  ogień i zamkną szamba.
I kto temu wszystkiemu winien?
Nikt, bo nie istnieje zbiorowa odpowiedzialność.
A wybory? – ktoś zapyta.