FABRYKA BRONI W RĘKACH CHIŃCZYKÓW

  
Fabryka Broni… – Zakłady Metalowe „Łucznik” w Radomiu…
To historia Radomia.

Tymczasem….

Godz. 7,55. Mgła.
Wysiadam z autobusu „7” i widzę czarny parawan przed głównym wejściem do Zakładów.
Podnoszę głowę.
Zniknął duży  plakat z „żubrem”…..
Biały plakat „Pomieszczenia do wynajęcia/tel…..” – bez zmian wisi,
ale obok z lewej strony rozwieszony nowy czerwony:
„Chiński supermarket/otwarcie wkrótce”.

Łza sama zakręciła się w oku…

I JAK TU NIE WIERZYĆ W „MIKOŁAJE”

Kończy się styczeń, czas na „mikołaje” jakby minął, a „mikołajkowa” scenka, która miała miejsce w moim sklepiku, ciągle wisi mi w pamięci.
Stąd ten wpis do bloga.
Wydarzyła się ona 1-2 dni przed świętami Bożego Narodzenia 2008.
Przyszła do mnie (do mojego sklepiku) koleżanka z życzeniami świątecznymi i z opłatkiem. A że miała trochę czasu, więc zaczęła mi opowiadać o prezencie, jaki otrzymała  od swojej koleżanki.
A było to mniej więcej tak.
Przyszła do niej koleżanka z opłatkiem i z okolicznościowym niezobowiązującym prezencikiem. Kiedy już złożyły sobie życzenia świąteczne, moja koleżanka zapragnęła wyciągnąć prezencik i obejrzeć go. Zawsze ogląda prezenciki w obecności osoby od której je otrzymuje. Ja także, więc nic w tym dziwnego nie widziałam. Tak więc zaczyna prezencik wyciągać … bombka. Szklana. Wiadomo – takie cacko trzeba delikatnie z torebki wyjąć. A tu ryp … i po bombce. Rozbiła się w drobny mak. Konsternacja. Głupio. I jednej, i drugiej nieswojo.
Ależ w końcu nic się nie stało. To tylko bombka…

I tak mi moja koleżanka opowiada (od czasu do czasu z przerwami, gdyż  ja obsługuję klientów).
Ona opowiada, ja obsługuję….
Bombka miała mieć  w środku aniołka, miała świecić różnymi kolorami, była na jakąś baterię, miało być cudeńko…
Koleżanka w szczegółach opowiada mi o tej bombce, ja obsługuję klientów. Jest mała kolejka.
Aż w końcu słyszę:
– Czy mogą  panie chwilę poczekać? …
Zamurowało mnie i moją koleżankę. Klientka  ponownie spojrzała na moją koleżankę.
– Czy może pani chwilę poczekać… 
To była najdłuższa  chwila jaką pamiętam, odkąd mam swój sklepik. Zrozumiałam. Najpierw obowiązek, potem przyjemność. Ale klientka znów rozpoczyna dyskusję, a ja czuję wypieki na twarzy. Chyba się „spalę” .
Czas przedświąteczny cenny, klienci mają prawo do zniecierpliwienia. A my tu gadu-gadu. No i dostało mi się…
– Tylko zrobię zakupy, jakieś 5 minut – kontynuuje klientka. – Zaraz córka przyniesie taką samą bombkę.
Tym razem zamurowało nas na dobre. Ani ja, ani moja koleżanka z wrażenia nawet nie wiedziałyśmy jak się zachować.
Klientka szybko dyktuje mi swoje zakupy. Kończy. Płaci. I wychodząc mówi:
– Proszę się nie niecierpliwić, gdyby zeszło dłużej niż 5 minut. I wyszła.

– To jeszcze są „mikołaje”? – ktoś się zdziwił z kolejki.
– Widać są – inny odpowiada.
Bardzo, bardzo miło. Prawdziwie świątecznie.
I rzeczywiście. Bombka zaraz „przyszła”. Cóż za cacko!
Koleżanka poprosiła o krótką instrukcję obsługi. Chwila podziwiania cacka. Także z klientami.
Iście bożonarodzeniowa atmosfera. 

Dziekuję Ci Św.Mikołaju w imieniu mojej koleżanki i własnym.
I jak zawsze liczymy na Ciebie.

PLACUSZKI Z GOTOWANEJ WŁOSZCZYZNY

  

Wczoraj zrobiłam doświadczenie kulinarne.
Została mi z zupy właszczyzna. Miała być z niej sałatka. Okazało się, że nie mam w domu ani śmietany, ani majonezu. Miałam tylki mąkę, jajka i jogurt truskawkowy, który nie wiem skąd się wziął w lodówce. Pomyślałam najszybciej to zrobię placki, a byłam bardzo głodna. Zabrałam się do pracy. I rzeczywiście – wyszły jak na obrazku. Dokładniejszy przepis na mojej www w linku „smacznego”. Polecam.