BULDOŻEREM W STOKROTKI

„Jaka wielka jest Warszawa
ile domów,ile ludzi
ile dumy i radości
w sercach nam stolica budzi…”

Ten wiersz J.Tuwima, który pamiętam na pamięć chyba od zawsze,
często mi się przypomina,  gdy wjeżdżam do Warszawy.
Dziś także.
Ale dziś ten wiersz przysłonił szczególny obrazek.
Pewnie także na zawsze  zostanie w mojej pamięci.

Jechałam pociągiem osobowym. Niedziela. Miejsc do wyboru sporo.
Zajęłam więc siedzenie  przy oknie i w kierunku jazdy.
Lubię gapić się  przez okno.
Dojeżdżamy do Wa-wy Okęcie.
Wielki plac budowy. Wielki rozmach.
I…
gdzieniegdzie „wspomnienia” po ogrodach działkowych,
po takich samych kawałkach ziemi obiecanej,
jak mój Godów.
Moja oaza wolności.
Moja lipa, mój Kochanowski…
Moje krokusy, kaczeńce, stokrotki…
Żeby tak buldożerem?…
W sercu zakołatało.

A puste, ślepe domki,
z minami straszydeł
jakby do mnie  krzyczały przez rozdarte gardła:
„Co się gapisz…”.
Na szczęście siedziałam w pociągu. Okna szczelnie zamknęte.
Krzyku nie było słychać.
A pociąg jak tchórz szybko odjechał z miejsca wypadku.

Ja wiem. Ja rozumiem, że świat idzie naprzód.
Ale żeby tak się obejść z ziemią obiecaną?…

NIE RZUCIM ZIEMI SKĄD NASZ RÓD

Za sprawą haluksa, który wczoraj się ujawnił i nie pozwala na wychodzenie z domu, głównie oglądam telewizję.  
To co najbardziej mnie dziś zadziwiło, to PSL
i rozpoczęta przez nie kampania do Europarlamentu.
A że jestem kobietą wrażliwą, więc pompa z jaką wystartowało,  wzbudziła we mnie niesmak.
W międzyczasie jeszcze takie teksty:
– jakiś „ktoś tam coś tam” chlapnął na temat chłopów i partyzantki,
– inny „ktoś tam coś tam”  chlapnął na robotniów,  którzy na plecach przynieśli komunizm,
– że posłów kryzys nie dotyczy (czytaj – „rząd się sam wyżywi”).
– że eurostołki i eurourzędnicy mają wyjątkową siłę spójności…

Siła dzisiejszych informacji o Polsce była tak wielka,
że nic tylko zapłakać i zaśpiewać „Rotę” wg słów Marii Konopnickiej
(w 2008 roku minęło 100 lat od opublikowania jej w krakowskiej „Przodownicy”).

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród?
Za ile euro?

Że też ten haluks…

„DLATEGO ŻYJEMY”

Sobota i niedziela zapachniały wiosną.
Dwa dni na działce, to sporo na medytacje.
Przebiśniegi lada dzień zakwitną. Także hiacynty.
Tulipany wypuściły pierwsze  zwiadowcze liście, jakby już pilno im było wyjść z ukrycia.
Ale najpiękniej zaśpiewały skowronki.
Niczym chóry anielskie chwaliły Pana.
Najwyraźniejszy był sopran Irki i tenor Ojca.
W głębi także wyraźne głosy teściowej i Tadka i jeszcze  wiele innych.
Dawno tak się nie zasłuchałam w koncercie.
Moc dzieła natury.
Jakże daleka jest twórczość człowieka.
Piekno rzeźby, malarstwa, muzyki, poezji,  także człowieka – przemija.
Czas po drodze weryfikuje bezlitośnie wszystko.
Bywa – wystawi cenzurę.
Bywa -głuchy  chichot.

Takie właśnie uczucie towarzyszy mi od kilku dni.
A to za sprawą „Dlatego żyjemy” Wisławy Szymborskiej.
Wielka postać. Noblistka. Zdawałoby się nieskazitelna  i  nieśmiertelna.
Że słowa przez nią spisane święte. To jakby wyrocznia Pana. Drogowskaz.
Szczególnie  ten ostatni wiersz pt. „Lenin”.

Tymczasem …
Dlaczego żyjemy?
Ano dlatego, że przebiśniegi, że hiacynty, że tulipany i te skowronki.
One są drogowskazem.

ABORCJA – IN VITRO – EUTANAZJA

Dziś w moim sklepiku dyskusja, bo 13 latka urodziła dziecko.
Pani Jadwiga opowiedziała o młodym małżeństwie, któremu po wielu zabiegach
udało się urodzić synka in-vitro. Ma już kilka latek. Małżeństwo katolickie, całym sercem służące Bogu i kościołowi. Dziś słuchając dyskusji o in-vitro, czują się złoczyńcami – grzesznikami. Wtedy nie było takiej dyskusji. Dziecko nawet zostało ochrzczone. Nagle ich fundament religijny  zachwiał się. 
Wspominałyśmy czasy, kiedy panna z dzieckiem była nawet wypędzana z domu.
Ksiądz nie chciał dziecka ochrzcić, bo nie było małżeństwa.  
Dziecko niepełnosprawne fizycznie, czy psychicznie było ukrywane przed znajmymi.

Temat rozwinął się 3-wątkowo: aborcja , eutanazja  i in-vitro.
Ostatnio najczęściej podejmowane tematy „na górze”.
Dyskutowałyśmy, że to tylko tematy zastępcze, by odwrócić uwagę od kryzysu państwa.

A jednak …
Jednak okazało się, że to tematy jak najbardziej podstawowe.
I jak wszystko co podstawowe, powinno mieć swoją własną  podstawę.
Nie ustawę, tylko podstawę.
Niby nie różnica, a jednak różnica.
Podstawa  – to fundament, baza itp.
Podstawę tworzy pojedynczy człowiek. 
Człowiek –  to źródło.

Maria, Teresa, Cecylia, Zofia… Jan, Marek, Łukasz….. .
Piękne dzieci, piękne imiona, biblijne nawet.
Piękne,  zdrowe, szczęśliwe i z prawego łoża.
Duma rodziny.
Rosną na chwałę Boga.

A jeśli brzydkie, chore, nie z prawego łoża, albo na imię im „In-vitro”?
Jakie ich prawo do życia?
Prawo do chwały Boga?

Ustawę tworzy „góra”.
„Góra” im wyższej nad źródłem tym gorzej widząca.
A człowiek żyć musi.
Często z bólem serca, wyrzutami sumienia, z kulą u nogi, na oczach ludzi…
Nietolerancja rodzi nietolerancję.
Często źródłem nowych nietolerancji są właśnie ustawy.
A uczy się nas, że jeśli masz zrobić źle, albo nie masz pewności,  że robisz dobrze – nie rób.
Szczególnie wrażliwa na ustawy jest godność człowieka.

Więc może najpierw należy dyskutować z tematycznie doświadczonym społeczeństwem?

KRYZYS

„Do odważnych świat należy” –  tak się kiedyś mówiło.
W 1993 roku (czyli 16 lat minęło) odważyłam się i postawiłam sklep.
Mój. Własny. Stworzony wg mojej wizji. Moja „krówka”.
Początki jak zawsze – trudne. Ale, że jestem cierpliwa i pracy się nie boję,  po 3 latach
można już było mówić o zadowoleniu z podjętej decyzji.
Wystarczyło i dla siebie i na podzielenie się z państwem.
Aż nadszedł rok 2000.
A właściwie  czas przed nim.
Spekulowało się wtedy, że nadchodzi koniec świata.  
Bano się „pluskwy milenijnej”. Zabezpieczano komputery.
Co to się miało 31.12.1999/1.01.2000 nie wydarzyć?
I co?
A jednak się wydarzyło.
Pojawił się „kryzys”.
Trudno go było zauważyć. Był malutki.
Jakby proroczo nazwano go „pluskwą milenijną”. 
Jak każda pluskwa początkowo był w stanie uśpienia
(podobno pluskwy mogą żyć bez jedzenia nawet  kilka lat).
Przez kolejne lata powoli wysysał co mu smakowało i dziś urósł.
Dziś już  go widać , daje się dobrze we znaki.

Dla pocieszenia siebie, nie tylko u mnie widać jego obecność.

Przeanalizowałam ostatnie 11 lat pracy mojego sklepiku.
I właśnie zdałam sobie sprawę z tej „milenijnej pluskwy”.
Z jej  destrukcyjnej działalności.
W 1998 roku obroty i dochody były zadowalające, jak na mój malutki osiedlowy sklepik.
Wymyślałam różne formy reklamy. Fajnie się pracowało.
W  1999 roku już się kombinowało na temat „końca świata”. Nastroje klientów bywały różne.
A „pogoda” natychmiast przenosi się na handel. Stąd w 1999r. obroty spadły o ok. 5%.
Jednak „pluskwy milenijnej” nie stwierdzono. Więc i nastroje klientom wróciły. Obrot wzrósł nawet o 10%. Starczało i na koszty i na inwestycje bieżące.
I to by było na tyle.
Autentyczny kryzys rozpoczął się w 2002 roku.
Na dzień dzisiejszy sklep pracuje tylko na 50%.
Trudno związać koniec z końcem.
Strach pomyśleć co będzie dalej.

Pracownicy mogą liczyć na pomoc państwa? Zasiłki, półbezrobocia…
Ja?
Koniec świata.
🙂