SWOISTY ADWENT

W oczekiwaniu na przyjście wiosny
na moje przebiśniegi
na krokusowo-hiacyntową łączkę
i kolorowe tulipany
dziś przykryte białą pierzynką

przeglądam pozostałe nasiona
planuję zagonki
zgłębiam fachową literaturę
także nie fachową
i ciągle mam w czytaniu
biblię
od deski do deski.

Pozytywnie nastrajam się
przed kolejnym działkowym koncertem.
Zdarzają się jednak dysonanse.

Ot, choćby ten wczorajszy.

Sławomir M.Kozak w swojej książce pt. „Oko cyklopa”
rozważając różne szaleństwa rodzaju ludzkiego
między innymi GMO (organizmy zmodyfikowane genetycznie)
w tym genetyczną modyfikację  nasion
na stronie 189
cytuje słowa uczestnika Jasnogórskiej Konferencji.

„Nasiona są pierwszym przejawem życia i pierwszym ogniwem w łańcuchu żywieniowym. Kto kontroluje nasiona, ten kontroluje łańcuch żywieniowy, a przez to kontroluje nawyki żywieniowe narodów na całym świecie. A taka kontrola oznacza manipulowanie fizycznym, psychicznym i duchowym zrdowiem całej ludzkości. Od początku rolnictwa, jakieś osiem tysięcy lat przed Chrystusem, aż do początku ostatniego stulecia, rolnicy stali na straży zdrowia narodów. Zasiewali, dokonywali selekcji, ulepszali i różnicowali różne odmiany nasion, co stanowiło integralną część ich pracy na roli. Żadne laboratoria, ani naukowcy w białych kiltach, nie mogliby osiągnąć tego, co osiągnęli rolnicy przez tysiące lat starannych obserwacji, prób i błędów, podejmowanych przez to, by przeżycć.
Ich dziedzictwo opiera się na głębokim szacunku dla przyrody i miłości dla Matki Ziemi – a nagrodą za sprawowanie opieki nad naszą planetą jest rzecz, której nie można kupić, zwana „Mądrością”….
…W ciągu ostatnich około stu lat nasiona zostały odebrane (ukradzione) ich opiekunom, rolnikom, przez producentów nasion, którzy tak je zmanipulowali, by uzyskać szybko rosnące, uzależnione od agrochemii hybrydy, bedące obecnie piracką własnością korporacji, których jedynym celem jest zysk z masowej produkcji…

MGO
to cud genetyków
czy dzieło szatana

Uczono mnie
jeśli masz wątpliwości
sięgnij do żródeł

Odpowiedzi nie znalazłam
ale ziarnko niepewności
zostało zasiane

Jakie bedą plony

Swoisty adwent

Radom – siła w precyzji

Od dzieciństwa, a ściślej od pierwszej klasy,  za sprawą wzrostu
przywykłam siedzieć, stać, być  z przodu, na początku.
Także wchodzić do autobusu przednimi drzwiami.
Lepiej widać, lepiej słychać, a i pytać  łatwiej.
Ale bywa, że się nie udaje – z różnych powodów.
Bo to albo miejsca zajęte, albo kierowca za daleko zatrzymał autobus. 
Nie dopatruję się w tym niczyjej złej woli.
Szczególnie,  jeśli chodzi o kierowców, gdy na dworze „na minusie”.
Pracę mają ciężką, więc choć niech nie marzną.
Ale bywa, że się na nich” wkurzam”.

Jak dzisiaj. Godz. po 17-tej.
Przystanek na ul. Narutowicza.
Czekam na „7”. I nie tylko ja.
Podjeżdża „Neoplan” z tablicą „Os. Michałów”, a powinien „Os. Południe”.
Nie zmienił tablic, czy może znowu jakaś zmiana w komunikacji?
Już tak było. że z tego przystanku odjeżdżały autobusy w przeciwne strony.
Jak ktoś wiedział, to wsiadł dobrze. A jak nie – pojechał w odwrotnym kierunku – jak ja.
Dziś akurat jedna z pań, zauważywszy, że ten jedzie na „Michałów”  powiedziała drugiej osobie, że one jadą na „Południe”. Zauważyłam, że nie szykują się do wsiadania.
Ja?
Za chwilę autobus zatrzymał się na przystanku, tak by drzwi od kierowcy były niedostępne.
Wsiadłam więc drugimi i niepewna,  w którą stronę jadę, podeszłam do kierowcy.
Autobus już ruszył. grzecznie zapytałam:
– Jedzie pan na Michałów, czy na Południe?
– Na Południe – jakby odburknał.
– Bo na tablicy ma pan Michałów – poinformowałam.
– To nie wie pani dokąd pani  jedzie? – skomentował moją informację.
Poczułam się głupio.
Spodziewałam się przynajmniej „dziękuję”.
Siadłam, jadę i myślę…
Czy Radom ma szansę być „Siłą w precyzji”?

Wysiadając spojrzałam na tablicę autobusu „Os. Południe”.
i na jego numer (łatwy do zapamietania).

 

Z PIEROŻKAMI JAK Z WIERSZAMI

Trzeba wiele zachodu
żeby pierożki były super
Całkiem jak z wierszami
Bywa, że emerytura nas zaskoczy
a tu ni wiersze ni pierożki jak trzeba.
Choć jedno i drugie ćwiczę już dość długo
to mam ciągłe wątpliwości
Czy dobrze wyrobione
czy się dobrze skleją
czy soli i pieprzu nie za dużo
i przypraw czy w sam raz

Poezja to, czy proza?
Twierdzę, że i jedno i drugie.

Na razie pewna jestem swojego warsztatu pierogowego.
W szczególności klejenia i gotowania.

A więc trochę prozy w temacie pierogów.
Najpierw formowanie.
Ciasto wykonane według moich wskazówek (patrz –  przepis „Pierożki z jarmużem i kaszą gryczaną”  na mojej www w linku: Smacznego)przykryć ściereczką na kilka minut żeby odpoczęło, ale i nie wysychało z wierzchu. Następnie garść oderwanego od całości ciasta  rozwałkować na stolnicy nie za grubo nie za cienko. Wykrajać kółka. Ja wykrajam kółka szklaną salaterką o średnicy 9 cm. Średnica szklanki  7 cm dla mnie jest za mała. Po wycięciu około 10-12 kółek z jednego placka resztkę ciasta podkładam na spód ciasta i znów przyktywam całą masę ciasta ściereczką. Następnie nakładam na każde kółko po  łyżeczce farszu. Każdy pierożek po kolei  składam na pół, lekko sklejam brzegi palcami, po czym kładę go na stolnicy i widelcem odwrotną stroną sklejam mocniej brzegi. Pierożek i wyglada jak „spod maszyny”,  i dobrze jest sklejony. Tak uformowane pierożki staram się gotować od razu. Jeśli nie uda się ich ugotować od razu,  trzeba poprzekładać ze stolnicy  na tackę lekko oprószoną mąką i przykryć ściereczką, żeby nie wysychały.
A teraz gotowanie.
Do gotowania używam 5 litrowego garnka. Osoloną wodę z łyżką oleju, żeby pierożki nie kleiły się do siebie, zagotować. Wrzucać do wody po ok. 10-12 pierożków (jakby z jednego placka).
Szybko zagotować pod przykryciem  i jeszcze przez chwilę pogotować (potrzymać)  na małym ogniu bez przykrycia. Gdy pierożki są już ugotowane,  ja korzystam z dobrodziejstwa posiadania drugiej (mniejszej) stolniczki. Na nią wykładam płaską łyżką cedzakową pierożki. Na niej,  gdy „obeschną”  na jednym boku (widać jak bądą się błyszczały) przewracam na drugi bok do 
obeschnięcia. Po obeschnięciu na obydwa boki lekko przekładam i układam luźno ugotowaną  partię do plastkowego pojemnika (sporeg) z przykrywką.
Jak dojdzie się do wprawy, to w czasie „obsychania” jednej partii można przygotować i ugotowac nastepną partię pierożków. Nie trzeba wtedy robić pierożków „na skład”, a i czasu się zaoszczędzi przy gotowaniu. Ugotowane pierożki, a nie zjedzone w międzyczasie,  przykryć przykrywką i po ostudzeniu schować do lodówki. 
To była pierożkowa proza.

A poezja?
Jej trzeba szukać między wierszami
czyli w środku pierożków
Dziś były z jarmużem
z mojej działki

Czysta poezja.

NA MIARĘ

Kiedyś napisałam wiersz pod tym tytułem.
Umieściłam go w tomiku „Zwierciadło”.

NA MIARĘ

Wszystko ma miarę:
I buty, i płaszcz,
I czapka z daszkiem.
Ma miarę też czas,
Pokuta, grzechy
I nawet kara.

I życie…
I miłość…
I wiara …

Wczoraj przypomniałam sobie o nim
za sprawą informacji w telewizji
Otóż europosłowie czują się pokrzywdzeni
nie dostali podwyżek płac
muszą odwoływać się do eurosądów
Jakże mi ich żal

Zadaję sobie pytanie
w którym miejscu naprawy  Europy
jesteśmy

Nasz byt miał zależeć od efektów pracy
Tymczasem wynik – czytaj dochód
pozytywnie nie nastraja
Plany owszem powstają
ale z rozliczeniem bywa różnie
Kryzys gospodarczy i koszty utrzymania
niejednego załamały

A winnych nie ma

Rodem z PRL-u

SYLWESTROWA DRAMA

Propozycja córek – Sylwester w Warszawie
Dlaczego nie

Tak więc przywitaliśmy 2010 rok w stolicy

Godz.18
Teatr Dramatyczny
Spektakl – Persona.Marylin
Reżyser –  Kristan Lupa
Aktorzy – Sandra Korzeniak, Katarzyna Figura, Adam Ferency, Władysław Kowalski i inni.

Poszliśmy.
Teatr niby ten sam, a nie ten.
Te same marmury, podłogi, sztukaterie i żyrandole, które zostały mi w pamięci jeszcze z czasów studenckich.  Może nawet ta sama stolarka okienna i drzwiowa.
Na seans czekaliśmy w pięknej sali. Zauważyłam że przyniesiono „szkło”. Pomyślałam, że pewnie zaproszą nas na szampana. Spektakl sylwestrowy, czemu by nie?
Przygladałam się przychodzącym  widzom.
Kilka pań w pięknych strojach wieczorowych, więcej jednak „zwyczajnie” ubranych.
Panowie niektórzy w dżinsach, bez krawata – dawniej nie do pomyślenia.
Wchodzimy na salę widowiskową.
A tu „zong”. 
Pani z obsługi kieruje nas do ostatniego rzędu jakby „na prędce”  zmontowanej widowni.
Na wstępię , choć jestem niska, uderzyłam głową w murek jednej z loż.
Ale zajmujemy swoje miejsca. Zwyczajne szare krzesła. Za nami barierka, żebyśmy czasem nie pospadali. Pod nami widok z rzędami pięknych wygodnych foteli. Poczułam się, jak widz drugiej kategorii. Mina mi zrzedła, może przejdzie. Jest cicho, że przewracające się krzesło robi wielkie zamieszanie. Publiczność powoli wypełnia widownię. Są miejsca wolne. Ktoś mówi, że studentom „trzeciego wieku”  kupowane są bilety, a nie wszyscy przychodzą. Pomyślałam – tacy studenci.  
Trwa spektakl.
Po pierwszej  części zapytałam męża, czy aby na pewno chcieliśmy obejrzeć taką Marylin Monroe?
Zrobił minę.
Czemu nie?
Właśnie – czemu nie?
Druga część.
Tym razem wchodzę ostrożnie, żeby nie uderzyć się w murek. Stawiam na nogi przewrócone krzesło. Zajmuję swoje.
Trwa druga część, a ja ciągle zastanawiam się , co ja tu robię.
Komuś zadzwoniła komórka. Chwila „rozrywki”.
Do końca spektaklu już nic się nie wydarzyło.
Brawa. Brawa.
Czekam na zaproszenie do szampana.
Brawa. Zaproszenia nie słychać.
Dalej brawa.
Aż wychodzi „ktoś” i składa nam życzenia noworoczne.
Dalej brawa.
A zaproszenie na szampana?
Nie słychać. Nie widać.
Wychodzimy.
Salę, na której oczekiwaliśmy przedstawienia, pilnie strzegą panie. Nie wolno wchodzić.
Znaczy szampana dla nas  nie będzie.
A ja myślałam, że w Warszawie to ….

Wracamy, po drodze dyskutując o wartości spektaklu.
O granicy wolności.
Co na to Marylin  Monroe z wysokości?

Przed północą schodzimy się  na Moście Poniatowskiego.
Zajęliśmy miejsca po środu mostu , żeby mieć dobry widok na lewą i na prawą Warszawę.
Nastrój jest. Szampan też.
Zaczynają się fajerwerki. I to jakie. Bajka.
Nagle znad prawego brzegu Wisły w kierunku lewego brzegu zaczynają wyfruwać ptaki.
Najpierw pojedynczo, potem połączone w większe stada.
Spłoszone ptaki krążą nad Wisłą od brzegu do brzegu. 
Nie mają gdzie usiąść, przeganiane wybuchami petard.
W nocnej ciszy przerywanej hukiem fajerwerków słabo słychać ich krzyk.
Ale krzyczą.
Przywitaliśmy Nowy Rok.
Złożyliśmy sobie życzenia.
Wracamy.
Po drodze dyskutujemy  o fajerwerkach i ptakach.
I znów o  granicy wolności.